środa, 23 lipca 2014

WOMAN IN BLACK

W ostatnim czasie z każdej strony atakuje mnie hasło mówiące o sprzeczności wygody i ładnego wyglądu. Za każdym razem czytając te wypowiedzi coś się we mnie gotuje. Tak często mówi się, że kobieta powinna być zadbana; coraz częściej podkreśla się, że ładny i zadbany wygląd jest prosty do osiągnięcia. Mówimy o możliwościach, jakie przed nami otwierają sklepy z używaną odzieżą, dobrze dobrana fryzura, świadomość siebie czy zadbane dłonie. A wszystko po to by za chwilę sobie zaprzeczyć. Pierwszy raz zdanie „jeżeli jest Ci wygodnie znaczy, że źle wyglądasz” usłyszałam w Project Runway. Wtedy nie wgłębiałam się w sens tych słów, szczerze mówiąc podeszłam do nich z przymrużeniem oka. Jednak teraz, gdy co chwilę spotykam się z taką wypowiedzią zaczynam na nowo zastanawiać się nad modą. Nie mogę pojąć tego toku myślenia. Dla mnie moda to możliwość, to droga, szczegół, szansa, my. Postrzegam modę, jako część codzienności; część, która może zamienić chwilę w sztukę. Która może dodać nam skrzydeł, wydobyć z naszego wnętrza to, co najlepsze. A czy to, co sprawia, że jesteśmy piękni, lepsi, co nas odróżnia nie powinno być wygodne? Czy nasza tożsamość i indywidualność nie powinna sprawiać wrażenia autentyczności, całości, spójności, pewności i wygody? Chcę ufać wizerunkom, które widzę; a skoro nie towarzyszy im wygoda i komfort to jak mam w to uwierzyć? Dziś mam dla was moją wygodę – tę, w której czuję się wygodnie, pięknie i całościowo ;)

Koszula - Biga | Spódnica - SH - podobne można znaleźć na www.bonprix.pl | Torba - Mosquito | Naszyjnik - prezent od Przemka | Okulary - SinSay



sobota, 19 lipca 2014

NEW LIFE WITH LIFEAGE

Już po pierwszej wizycie w LifeAge Premium Wellness Club wiedziałam (relacja tutaj), że to miejsce dla mnie. Nic, więc dziwnego, że trzy tygodnie później wróciłam tam by zmienić swoje życie.  Do tej pory jedynymi siłowniami, jakie odwiedzałam były te mieszczące się w sanatoriach lub uczelniane – nic więc dziwnego, że podczas pierwszych dni w klubie towarzyszyły mi obawy. Nie do końca wiedziałam, na czym chcę ćwiczyć, jak chcę ćwiczyć i na czym się skupić. Na szczęście na siłowni zawsze znajdują się uśmiechnięci i chętnie do pomocy trenerzy. Swoją największą sympatią obdarowałam Wojciecha Kroczka, to on towarzyszył mi od pierwszej wizyty w klubie. Zapoznał mnie ze sprzętem, stworzył plan treningowy na początek oraz kontroluje moje postępy – a to wszystko w tak komfortowej atmosferze, że bez problemu zadaję mu kolejne pytania, konsultuję problemy czy słabości. Dla mnie ćwiczenia są bardzo intymne, dlatego możliwość znalezienia komfortowego miejsca i ludzi wokół, przy których nie będę czuć się w jakikolwiek sposób skrępowana był dla mnie istotny. Tutaj każdy trener z LifeAge staje na wysokości zadania, a rozmieszczenie maszyn i odpowiednie odległości pomiędzy nimi powodują, że już po rozgrzewce zapominam, że ktokolwiek jeszcze jest na siłowni. Aktualnie udało mi się już przełamać tę granicę intymności i czasami ćwiczę wspólnie z innymi klientkami. Każda z nas ma inną część ciała silniejszą, inne ćwiczenia sprawiają nam trudność, a inne są przyjemniejsze, dzięki czemu nawzajem się uzupełniamy i możemy służyć radą.
W ostatnim czasie coraz więcej pytań dostaję odnośnie moich początków, dlatego dziś w pierwszy poście z cyklu troszkę o tym. A co w kolejnych? Będę wam pokazywać moje postępy i efekty; propozycje ćwiczeń oraz kolejne zestawy ćwiczeń, o które będę poszerzać swój trening; zajęcia dodatkowe czy tematyczne, które organizuje LifeAge oraz propozycje przepisów. Jeśli coś jeszcze będzie was ciekawić, śmiało piszcie, chętnie uwzględnię to w postach – sami dopiero się uczymy i szukamy idealnej formy ;)
Przyznam, że sama na początku myślałam, że zmiana trybu życia jest o wiele trudniejsza. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, gdzie znajdę na wszystko czas – kilka razy w tygodniu na siłownię, nowe nawyki żywieniowe, nowe podejście do wielu spraw.. za mną już 2 miesiące, a ja nawet nie odczułam, żeby moje życie przewróciło się do góry nogami. Zmiany wprowadzałam stopniowo i przyznaję z ręką na sercu – wystarczy odrobina chęci i minimalna motywacja – większą sama przyjdzie w strefie fitness lub tam wam ją znajdą! ;D
Ale zacznijmy od początku. Moje plany były bardzo proste i mało wymagające – pragnęłam zmniejszyć objętość nóg, poprawić troszkę kondycję, a na siłownię chodzić dwa razy w tygodniu na godzinkę. Już pierwszy trening zweryfikował moje plany. Okazało się, że moje tętno dochodzi do 202 uderzeń, a spoczynkowe wynosi 170-180. Dodatkowo okazało się, że moje ręce są słabsze niż myślałam i tak wspólnie z Wojtkiem (i moim ogromnym marudzeniem) ustaliliśmy plan działania:
obniżenie tętna – zawsze po treningu wskakuję na minimum 30 minutowy spacer na bieżni. Oprócz tego raz w tygodniu jeden cały trening (1,5-2h) poświęcam tylko na cardio;
wzmocnienie rąk i nóg;
 oddychanie podczas ćwiczeń, rzecz tak banalna, o której wciąż zapominam;
spalanie nadmiaru tkanki tłuszczowej.
 Na sam początek ustaliliśmy 3 treningi tygodniowo, jednak ta liczb wciąż wzrasta, aktualnie dążę do wygospodarowania czasu na 5 wizyt w tygodniu.
Rozgrzewkę zaczynam zawsze od zrobienia kilometra na stepperze, następnie przechodzę do Kinessis’a, gdzie rozgrzewam górną część ciała. Jest to moje ulubione urządzenie (chociaż początkowo bardzo go nie lubiłam). Daje on całkowitą dowolność wykonywania ćwiczeń z obciążeniem – przysiady, wykroki, wymachy rąk, przyciąganie – to zazwyczaj mój zestaw na rozgrzewkę. W zależności od dnia zmieniam ich stopień trudności dokładając dodatkowe elementy.



środa, 16 lipca 2014

BOHO & VINTAGE

Wróciłam. Później niż chciałam. Podczas wyjazdu czułam się jak robot, większość czynności wykonywałam mechanicznie. Jestem pełna podziwu jak szybko organizm może przyzwyczaić się do całkowicie innego trybu dnia. Powrót do rzeczywistości i dawnych nawyków okazał się trudniejszy.  Niespodziewanie, gdy moja poranna energia zmniejszyła się do poziomu zerowego spadły na mnie trzy wolne dni, okazały się zbawieniem. Mam nadzieję, że ten czas pozwoli mi się odnaleźć wśród afer, codziennych kłopotów, podenerwowania, radości, zabiegania i większej ilości obowiązków. Na najbliższe dni przygotowałam sobie dokładny grafik zajęć, mam nadzieję, że on pomoże mi się przestawić. A tymczasem was zostawiam z nowym zestawem. Na zdjęciach nie mam makijażu, to jeszcze jeden z nawyków wyjazdowych, muszę przyznać, że to przyzwyczajenie dobrze robi mojej skórze przy aktualnych temperaturach ;)

Kombinezon - Zara | Buty - Sarenza | Torebka - Oasap | Barnsoletka - prezent od Ewy ♥ | Okuary - Sinsay | Marynarka - SH (podobne można znaleźć na bonprix)